top of page

  • Mikołaj Chomacki
  • 31 sty 2022

/continued/


Przystańmy na moment przy tym ciekawym widoku, jak już wspominałem, był to najwyżej zamieszkały budynek w caluśkiej w II RP. Gdy tam wchodziłem, wiedziałem tylko, że to ruiny dawnego obserwatorium astronomicznego. Obrabiając je później, postanowiłem również odrobić pracę domową i poszukać czegoś o tym miejscu. Bingo, nie było to całkiem zwykłe obserwatorium. Obserwatorium Astronomiczno-Meteorologiczne im. Marszałka Józefa Piłsudskiego, ponoć jednego z dwóch najnowocześniejszych w ówczesnej Europie. Budowę rozpoczęto w 1936 r., a działał do 18 września 1936, do czasu agresji ZSRR na Polskę.


Ze wspomnień Władysława Miodowicza, dyrektora obserwatorium:

Źródło: Narodowe Archiwum Cyfrowe
Projekt budynku Obserwatorium.

    Nigdy nie było całkowicie jasne, kto był głównym „sprawcą” Obserwatorium Meteorologiczno-Astronomicznego PIM*** na Czarnohorze, które w tych niełatwych i ubogich latach przedwojennych kosztowało milion złotych wydanych z funduszów społecznych, z czego większość płatna w dewizach przemysłowi brytyjskiemu. To ostatecznie stało się powodem owej dziwnej                         nazwy – Biały Słoń.    
    Głównym promotorem budowy byli najprawdopodobniej astronomowie warszawscy, którzy rozglądali się za miejscem o wystarczająco czystym powietrzu, a także o stosunkowo rzadkim zachmurzeniu. Tego ostatniego, niestety, nie brakowało od jesieni do wiosny na graniach Czarnohory i ten, kto ją doradził, nie wydawał się być wystarczająco obeznany z klimatem Karpat Wschodnich. (...) 
*** Polski Instytut Meteorologiczny (przyp. mój)


 Obserwatorium było gmachem w kształcie litery „L”, składającym się z 5 kondygnacji (w tym dwie wykute w szczycie góry) i pięćdziesięciu kilku pomieszczeń różnych rozmiarów. Posiadało własną siłownię (dwa agregaty Diesla) i akumulatorownię (240 akumulatorów), zespół pomp elektrycznych i centralne ogrzewanie wodne z kotłów opalanych ropą wtryskiwaną przez zapłony elektryczne. Celem zaopatrzenia w roczny zapas paliwa przyjeżdżał do Kut (stacja końcowa), tranzytem przez ówczesne terytorium rumuńskie, krótki pociąg cysternowy z borysławskiego „Polminu”, po czym przepompowywało się ropę w kilkaset stalowych beczek i przewoziło ciężarówkami przez Kosów i Żabie do podnóża masywu, skąd na półwózkach zaprzężonych w parę koni cały szwadron Hucułów wywoził ją przez kilka tygodni po dość nędznym płaju do Obserwatorium. Wedle zestawień wylatywało kominami naszej kotłowni ponad sto ówczesnych złotych dziennie. 

    Tu należy zaznaczyć, że Zakład Astronomii Uniwersytetu Warszawskiego partycypował w rocznym koszcie utrzymania li tylko symboliczną kwotą, utrzymując okresowo jednego ze swych asystentów (...).

    Obserwatorium było najwyższym zamieszkałym punktem w kraju i z wyjątkiem małego schroniska AZS (gospodarz – Ludwik Ziemblic) odległego o pół godziny drogi, stało na absolutnym odludziu. Najbliższa agencja pocztowa i jedyny sklepik znajdowały się w odległym o 20 km. Żabiem-Zełenym, od najbliższego lekarza w Żabiem-Słupejce dzieliło nas 50 km, a od stacji kolejowej w Kołomyi z górą 120 kilometrów. Przy możliwej pogodzie najpopularniejsza była wielogodzinna wędrówka głównym grzbietem Czarnohory do doliny Foreszczenki, gdzie oczekiwała leśna drezyna motorowa z Worochty, zamówiona radiotelegraficznie via Stanisławów.
   Ten „pałac na Czarnohorze”, jak go nazywał prof. Z. Klemensiewicz, posiadał jeden, ale bardzo zasadniczy brak: mianowicie wodę w okresie posuchy trzeba było donosić z odległego 6 i pół kilometra źródła, bo LOPP*** wydawszy milion złotych na cały obiekt wraz z zaopatrzeniem nagle postanowiła zaoszczędzić 40 tysięcy na nie zainstalowanym rurociągu z dwiema pompami elektrycznymi. W takim bezdeszczowym okresie do picia i kuchni wystarczały dziennie dwa wiadra przyniesione na „koromysłach”, a do osobistego użytku trzeba było racjonować do pół litra na osobę. Zimą używało się specjalnego topnika śniegowego podłączonego do centralnego ogrzewania.
*** Liga Obrony Powietrznej i Przeciwgazowej (przyp. mój)


Coś ciekawego rzuciło mi się jeszcze w oczy w notatkach; Śmiechłem sobie wewnętrznie przypominając sobie moją pierwszą "teleporadę" w naszych nowych, dziwnych czasach.


    Z kolei drogą radiotelefoniczną odbyła się w styczniu 1939 r. chyba jedna z pierwszych tego rodzaju konsultacji lekarskich, podczas której lekarz garnizonowy oraz ftyzjatra przyzwani do naszego drugiego radiotelefonu w Stanisławowie orzekli zgodnie, że jeden z naszych huculskich pomocników cierpi najprawdopodobniej na początki rozpadowej gruźlicy i należy go dostarczyć jak najprędzej do szpitala w Kołomyi.

Czytając dalej szybko okazuje się też, że nie tylko w dzisiejszych czasach ludzie mają rozbujaną wyobraźnię, skłonną do snucia wszelkich podejrzeń. Zwłaszcza na temat instalacji państwowych, nie do końca zrozumianych przez lokalnych mieszkańców.


    Nasz „biały słoń” budził dość dużo podejrzeń, niekiedy wśród zupełnie inteligentnych i wykształconych ludzi. Wybudowała go LOPP, popierał minister spraw wojskowych (specjalista od Huculszczyzny), przejęło dwóch pułkowników – wiceministrów komunikacji, radiotelefony instalował (celem sprawdzenia prototypu w warunkach wysokogórskich) wydział badań technicznych wojsk łączności, a Centrum Badań Lekarskich Wojsk Lotniczych szykowało się do założenia w Obserwatorium swego ośrodka badawczego. Potem ktoś puścił gadkę po Warszawie, że przeprowadzamy badania nad tzw. popularnie promieniami przeciwmotorowymi i nic już nie było w stanie odmienić naszej opinii wśród tysięcy turystów oraz Hucułów.
    Ci ostatni, naród skłonny do fantazji, stworzyli szybko kilka gadek, które kursowały po Pokuciu. Najbardziej powszechna twierdziła, że od czasu wybudowania Obserwatorium śnieg na południowym stoku góry topi się niemal od razu i że często, nawet przy silnych mrozach, podnoszą się stamtąd „opary”. Prawdziwy Pop, jak mówili, znajduje się głęboko we wnętrzu góry, a budynek stoi tylko dla pozoru, przykrywając podziemne lotnisko. Gdy „On” (taki był mój przydomek lokalny) naciśnie ukryty w ściennej skrytce pancernej guzik, to część podłogi jego biura zjeżdża w głąb góry jak winda. Inna gadka oczerniała nasz zelektryfikowany zespół teleskopów jako specjalne działo, z którego można ostrzeliwać wszystkie kraje okoliczne.



Rozkazem z 19 września 1939 r., placówka została ewakuowana na Węgry, radiotelefony rozbite na kawałki młotkiem, a cenniejsza część optyki rozmontowana i zabrana. Budynek został zaryglowany na cztery spusty. Niedługo później obiekt został przejęty przez Sowietów. W grudniu tego samego roku ponownie zaczęto użytkowanie. Na dachu zamontowano wielki reflektor, mogę się domyślać, że przeznaczenie zostało zmienione na swojego rodzaju posterunek graniczny. Rok później funkcjonowała tam również stacja meteorologiczna. Wydzielono część astronomiczną i przekazano Akadami Nauk Ukraińskiej SSR. Obserwatorium było też "bohaterem" motywów propagandy radzieckiej: "(...) budynek obserwatorium kiedyś budowała polska liga obrony powietrznej pod kierownictwem specjalistów niemieckich z angielskim i francuskim wyposażeniem, rękami zniewolonego w tym czasie ukraińskiego narodu - Hucułów.", czy nawet miejscem akcji:


 "(...) Gazdowie, czy słyszał ktoś z was o obserwatorium, gdzie gwiazdy śledzą i z nieba jak z księgi czytają? A gdzie tam! Pracowaliśmy ciężko w ziemi i nigdyśmy na niebo nie spoglądali. A panowie, taka ich mać, to przed wszystkimi mędrkowali. Na niebo przez rurę się popatrzą, przymierzą różne szkła i widzą, ile chcą. Gdzie jaki chłop kurkę patroszy, a nie groch z kapustą je, tak jak mu się od panów należy! (...) 
 Ludzie, ale było tamtej nocy zamieszanie. Tak, jakby cała Polska wyruszyła, i to wszyscy do Rumunii przez Karpaty, pod naszym obserwatorium. Idą tak i idą, z taką wrzawą, że szumu smreków nie było słychać, aż mi się strasznie stało. Prawdę powiem, chciałem od tego dziwowiska uciekać. A tu woła pan profesor. Poszedłem, a oni już papierki w ogniu palą, rzeczy pakują, ręce im się trzęsą! A niech was szlag jasny trafi! Dają mi pakę złotych, dają jeszcze jakiś kłopot... Oto Wasylu, jak my pojedziemy precz, to podłóż to pod rurę i podpal knotek, a sam uciekaj i nie oglądaj się, cokolwiek by się nie działo! Wsiedli do auta i pyrr, pyrr — prosto do Rumunii! No i zostałem sam."  

- ten ostatni cytat, to fragment opowiadania "Wasyl Palijczuk, Hucuł" Jurija Janowskiego, skądinąd tomik został nagrodzony Orderem Stalina III stopnia, dziś brzmi jak tylko fragment bardzo złej i prymitywnej propagandy wzbudzającej jedynie politowanie.


Krótki okres do wybuchu wojny radziecko-niemieckiej w obserwatorium również nie był usłany różami. W swoich pamiętnikach ukraiński dyrektor obserwatorium Michał Korostarenko wspomina ten czas, nie jako pracę a walkę z przyrodą, brakiem wszystkiego, ogromną biurokracją i ciągłym konfliktem ze sfrustrowaną załogą.


W czerwcu 1941, obiekt został przejęty przez Węgrów, którzy zlokalizowali tam swoją placówkę graniczną. Po ich wymarszu budynek został rozszabrowany przez miejscową ludność. Od chwili ponownego przejęcia budynku przez władze ukraińskie wywożono stopniowo wszystko, co jeszcze pozostało mi miała jakąkolwiek wartość. Kaloryfery i piece centralnego ogrzewania znalazły się w stolicy regionu, obecnej Werchowynie, gdzie przez długie dziesięciolecia służyły do ogrzewania szpitala. Akumulatory przydały się w nieco bardziej odległym Rachowie, a małe rzeczy rozeszły się po całej okolicy.


Jeszcze przed zakończeniem wojny, w 1944 r., podjęto decyzję o utworzeniu Głównego Obserwatorium Astronomicznego pod Kijowem. Pojawił się pomysł reaktywacji Popa Iwana, jednak został bardzo szybo odrzucony z wielu względów - bardzo utrudniony dojazd, ogromne środki na remont i utrzymanie, jak również wciąż podkreślano brak odpowiednich warunków atmosferycznych do prowadzenia obserwacji.


Co się działo później? W zasadzie niewiele ciekawego. W latach 60-ch wykonano inwentaryzację na zlecenie lwowskiego komitetu partii, a u schyłku komunizmu Komsomoł planował utworzyć tam ośrodek szkoleniowy. W latach 90-ch powstał projekt stworzenia na Popie Iwanie centrum duchowości ukraińskiej, nie jedyny z resztą projekt takiego typu, później ukraiński pisarz Stepan Puszyk, zaproponował prezydentowi Ukrainy Juszczence powołanie tam muzeum pogaństwa, na wzór dalekowschodnich wysokogórskich obiektów sakralnych stanowiących cel częstych wycieczek turystów ze świata.


Dzisiaj - znalazły się pieniądze na zrobienie czegoś! Tak! We wrześniu 2017 roku, uroczyście obchodzono zakończenie pierwszego etapu odbudowy obiektu. Założono dach i otwarto na szczycie polsko-ukraińską spację ratownictwa górskiego. Znalazłem w internetowych archiwach fotorelację z uroczystości otwarcia:




Źródła:

  • https://karpaccy.pl/o-bialym-sloniu-na-czarnohorze-plaj-2/

  • Urania 1/2014: Urania - Postępy Astronomii 1/2014 w GoogleBooks.

  • https://web.archive.org/web/20171228224536/http://if.dsns.gov.ua/ua/Ostanni-novini/10387.html

  • https://karpaccy.pl/wp-content/uploads/2018/07/Plaj_45_Tajemnica_Pop_Iwana.pdf

 
 
  • Mikołaj Chomacki
  • 29 sie 2021

Dworzec Kijów-Pasażerski

grudzień 2013


Київ Пасажирський an accidental stereogram.
Київ Пасажирський an accidental stereogram.

Niewiele pamiętam. Zapach, dźwięki, chłód, drapanie swetra. Wspomnienia spowite są mgłą, zza której trudno coś dojrzeć; Dokładnie tak jak stolica tego dnia.

Zrobię tu krótką pauzę na puszczenie oka w kierunku wschodnich kolei. Nie chodzi tylko o płackartę, samowar w wagonie, herbatkę za 2,50 (10 lat temu); Cały potencjał poznawczy współtowarzyszy podróży. To wszystko zasługuje na oddzielną notkę. ALE. To, wspomnę, super środek na przebycie długiego dystansu i nocleg jednocześnie. Jest pociąg ze Lwowa, o 23 z minutami, który przybywa na stację Kijów Pasażerski o 7 rano.


Jest 31 grudnia 2013.



W Kijowie jest chłodno. Powiedziałbym, że pierwsze co robimy to kierujemy się w stronę monumentu Matki-Ojczyzny, ale chuja widać w tej mgle.


▉▉▉


Dworcowy blues. Niespełna 20 godzin do przodu.

1 stycznia 2014, przed świtem.


Mimo hucznego festiwalu w centrum i ludzi zjechawszych się zewsząd, na dworcu panuje relatywny spokój. Przerywany okazjonalnie przez współtowarzyszących nam w poczekalni muzyków.




 
 
  • Mikołaj Chomacki
  • 9 cze 2020

Parę lat temu popełniłem reportaż, w sumie to nawet dwa. Do dziś jednak leżały w szufladzie; Leżały, bo niemoc twórcza, Weltschmertz, brak słów, brak wiary w swoje własne umiejętności narracyjne. Dlaczego dziś? Żeby zdążyć przed ciszą wyborczą (serio, mam już dość tego tematu, chcę wyłączyć wreszcie wszystkie odbiorniki i zanurzyć się w błogiej ciszy). Materiał(y) mogą zostać uznane za kontrowersyjne; Zestawiłem ze sobą ważne wydarzenia dwóch narodów – Polskiego i Białoruskiego. To zestawienie może zostać uznane za kontrowersyjne i sugestywne. Zastrzegam jednak wyraźnie, że jest to tylko moje subiektywne wrażenie. Impresje tego jak podobnie się czułem w tych dwóch momentach. Zostałem już raz za ten reportaż zaatakowanie, w Warszawie, nie w Mińsku. Zacznijmy jednak od początku, prozaicznie; Dostałem obiektyw reporterski od kuzyna (skądinąd uznanego Warszawskiego fotografa). Nie musiałem długo czekać na okazję, żeby móc go przetestować, był kwiecień 2018r.

Od momentu mojego pojawienia się na Dworcu Centralnym czuć było w powietrzu napięcie, choć pośpiech i „nerwówa” są akurat dosyć znamienne dla warszawskiego duchowego eteru. Udałem się Nowym Światem w kierunku placu Piłsudskiego, nie dotarłem jednak za daleko. Potężny kwartał miasta został odcięty przez żywy mur z policjantów. Tu się nasuwa moja główna paralela… ostatni raz widziałem taką scenę w święto 9 maja na Białorusi. (Możecie mi zarzucić, że niewiele widziałem… i macie rację.) Z jedną drobną różnicą. Po przejściu przez wyznaczony punkt kontrolny i sprawdzeniu zawartości plecaka można było wejść i posłuchać przemówienia Łukaszenki. W Warszawie wstęp należał się tylko członkom partii bądź VIPom specjalnie na tę okazję zaproszonym.


Proszę wybaczyć niewyraźne zdjęcia. Wolałem się nie narażać Białoruskiemu NKWD fotografując funkcjonariuszy.

To niejako pamiątka ‘kontroli’.

-Proszę pokazać zawartość plecaka. Aparat? Live view!
-Nie ma.
-Jak to nie ma?!
-To stary aparat.
-Zdjęcie!!

Po udowodnieniu, że aparat jest jednak aparatem pozwolono mi wejść.


„Aby ten pomnik wszystkich nas jednoczył.” – rozpoczął metropolita Warszawski.

Symbole podziału. Wszyscy zaproszeni do udziału w wydarzeniu dumnie nosili na piersi laminowaną grafikę z pomnikiem (zaproszenie) zawieszone na białoczerwonej „smyczce”. Nie wszystkim oczywiście spodobała się zaistniała sytuacja. Gdzieniegdzie zebrane grupy skandowały „Chcemy wejść!”. Ustawiając gdzieniegdzie malowane, styropianowe makiety słupków granicznych. Ta grupa z kolei odznaczała się od reszty miejskich gapiów białymi różami trzymanymi w ręku.

Przecięcia ulic sprzyjały krzyżowaniu się tych dwóch potoków ludzkich. Reprezentanci tych pierwszych, spontanicznie spotkawszy tych drugich witali się słowami „Ty zdradziecka szmato pier###ona!”. Wybrałem się na przechadzkę po Ogrodzie Saskim - między tłumy gapiów, słupkami granicznymi, transparentami, stoiskami z watą cukrową i popkornem, dumnymi obrazami na kijach przedstawiającymi Chrystusa Króla i Lecha Kaczyńskiego. Robiłem zdjęcia, obserwowałem przechodniów.

Przesiąknięty podniosłą atmosferą stwierdziłem, że pora na chwilowy „czil-ałt” nad brzegiem rzeki; dusząca potrzeba zaczerpnięcia ciut spokojniejszego powietrza.


Zachodzące słońce przypomniało o tym, że pociąg powrotny do stolicy Wielkopolski wiecznie czekać nie będzie. Wskoczywszy na rower miejski pognałem z wiatrem w kierunku Dworca Centralnego. Tłum zgromadzony wokół placu Piłsudskiego pozostał równie gęsty, wymuszając zeskoczenie z roweru i zlanie się z niespokojnym szmerem. Usłyszałem jego głos, głos przywódcy. Odwróciłem się w stronę niskiej sylwetki na scenie, oświetlonej blaskiem jupiterów. „A co jeśli się mylę?” pojawiła się myśl. „A co jeśli nie dostrzegam czegoś istotnego? Czegoś co pomogłoby mi zrozumieć to co się dzieje wokół mnie.” Myśl nie dawała spokoju, bo może głośniki telewizorów zabierają coś co może zmienić moje zdanie; Może warto posłuchać tego człowieka, skoro stoi tam całkiem niedaleko?


Nie było mi to jednak dane. Chwilę potem starczy mężczyzna próbował mnie oślepić trzymając w ręku swój telefon.


-Przepraszam, co Pan robi?
-Nagrywam! JA WIEM DLA KOGO TY PRACUJESZ!

Ciężko mi było ukryć konsternację tego momentu. Wyraźnie rozsierdzony mężczyzna poprzysięgał upublicznić tak zebraną dokumentację mojego wizerunku „wszędzie, gdzie tylko znajdę twoje zdjęcia!”. Choć mój analogowy Canon (i Diana F+) spoczywały od 3 godzin w plecaku. Nie dążąc do eskalacji napięcia wycofałem się. Pan pożegnał mnie słowami „Szczęść Boże”.


Odjechałem w kierunku Nowego Światu; gdzie wciąż kolejne gromady skandowały „Chcemy wejść!” – na próżno, odbijając się od nieformowalnego ludzkiego muru.




W ten sposób zostałem „zdradziecką mordą”. Do dzisiaj zastanawiam się co jest we mnie bardziej antypolskie – czarna bluza z kapturem czy jeżdżenie na rowerze.

 
 

© 2017-2025 C360 Mikołaj Chomacki

Holografia Artystyczna / Fotografia / Wideo / Design / Eksperyment Wizualny

  • Facebook
  • LinkedIn
  • Instagram - Biały Krąg
  • YouTube - Biały Krąg
bottom of page